czwartek, 6 listopada 2014

R.VII Kraków

Proszę o to i kolejny :) 
____________________________________
Bez zbędnych rozmów, cała ekipa podzieliła się na grupy i każda poszła w inną stronę. Braxton z Timem i Babu na lewo, Jared, Emma i Shannon poszli przed siebie, a Sonia z Tomo w prawo. Południowe słońce wypełniało kolorowe uliczki Krakowa, tłumy dzieci wesoło biegały od budynku do budynku i cieszyły się wakacjami.  Gdzieniegdzie było słychać kłótnie dochodzące z bocznych uliczek, ale nie wiedzieli o czym mowa. Po kilku minutach drogi wyszli na wielki rynek.  Stanęli jak wryci, oszołomieni nie tylko pięknem budynków dookoła, a ludźmi, dziesiątkami, może setkami ludzi. Bryczki, gołębie, muzykanci, tancerze, zwiedzający, dzieci, starzy, młodzi, dorośli, zagraniczni turyści, Polacy. Mnóstwo osób cieszących się życiem, jedni biegają i bawią się, drudzy podziwiają piękno kolorowych mieszkań, inni korzystali z wolnego i pili alkohol w barze zajadając się miejscowymi przysmakami, a jeszcze inni po prostu spędzali ten piękny dzień dzieląc się miłością z drugą osobą. Widząc kolejną parę zakochanych, dziewczyna poczuła lekkie zakłopotanie i smutek. Powinna tutaj być z Braxtonem i Dzielic się z nim tą piękną chwilą, a zamiast tego jest z Tomo, który pewnie też wolałby aby tutaj była Vicky. Spojrzała na niego i ich spojrzenia się spotkały. Szatynka uśmiechnęła się pocieszająco i wyszeptała:

-Nie ja tu powinnam stac, co?- na co Chorwat tylko wziął głęboki wdech i objął Sonię najczulej jak umiał, tak jak zawsze obejmował Vicky.

 -Ja też nie, ale musimy się sobą nacieszyć.

-Mi tam się podoba. – odpowiedziała i spojrzeli sobie ponownie w oczy.- Ty przynajmniej nie trujesz dupy tak jak Braxton, że cie nogi bolą.

Oboje wybuchnę li śmiechem, ruszyli dalej w stronę najbliższego baru, ale już nie oddzielnie. Tomo nadal obejmował ją jednym ramieniem i nie miał zamiaru jej puszczać. Z każdym dniem im są bliżej siebie, tym bardziej mężczyzna wątpił w swoje uczucia do niej, a tym bardziej wątpił w swoje uczucia do Vicky…

            Bar był stosunkowo nie duży w porównaniu do innych w jakich byli jeszcze na przykład wczoraj, ale był zdecydowanie ładniejszy, skromniejszy i spokojniejszy. Zajęli miejsce pod oknem, na końcu Sali i złapali kartę.

-Holly, Molly! Naleśniki z serem kozim, miodem i czekoladą! Oh my….

-Boże Tomo zawsze musisz takie słodkie rzeczy na śniadanie brac?

-Halo… Dla mnie to już deser, śniadanie miałem. A dla ciebie. To ja już wybrałem. Sałatka grecka i kanapka z serem kozim z grilla i żurawiną…. I pierogi.

-Co?

-Na śniadanie były, najpyszniejsza rzecz na świecie, jak Boga kocham!

-Rozumiem…- Chorwat złożył zamówienie i od razu uśmiech znikł z jego twarzy.- Co?

-Sonia. Widzę, że coś jest na rzeczy. Nie chcesz wejść do pamiątek, ciągle zwracasz uwagę na cudze związki i nawet nie zwróciłaś uwagi, że mijaliśmy cukiernię. Co się dzieje.

-Tomo… Ej… Ale żeś mnie ocenił… Nic mi..

-Sonia. Widzę. – dziewczyna przez chwilę się zastanowiła i zaczęła łyżeczką grzebać w cukierniczce.

-Mhm. – bąknęła pod nosem i zawołała ponownie kelnerkę.- Dwa razy whisky poproszę.- kelnerka odeszła, a Tomo spojrzał na nią wściekły.

-Co to ma być?

-Jak to co? Trunek.

-Znowu. Po co?

-Tomo, mam problemy i na trzeźwo ci ich nie powiem, bo się rozbeczę na pierwszym zdaniu. Muszę odstresowac umysł.

-To ma być ostatni raz.- za chwilę dostali po szklance whisky, dziewczyna wypiła je na raz i spojrzała na Chorwata.

-Mam kryzys w związku. Oli coraz częściej nie śpi, już w ogóle, jedyne co robi w nocy to pisze. Codziennie budzę się rano, a on siedzi i pisze, później wychodzi do sklepu i wraca z tymi jebanymi energetykami. Obiecał, że przestanie, weźmie jakieś leki, ale nic. Potajemnie je pije chociaż o tym wiem, dalej kłamie. Nie zwracałam na to uwagi, ale znowu jest nadpobudliwy. Procuję z wami na trzy etaty, robię robotę papierkową, tworze projekty do sklepu i zajmuję się tym gnojem, ale to już mnie przeraża. Nie wiesz Tomo jak to jest kłaść się z nim od łóżka, a on później przez sen zaczyna rzuca się, bo ma koszmary. Nie mam już siły patrzeć jak cierpi, a nawet jak chce go uspokoić, w amoku potrafi mnie uderzyć.

-Co?

-Zdarzyło mu się, ale to nie on, po prostu byłam na linii strzału. Teraz im więcej tego świństwa pije tym bardziej rzuca się w nocy i… Już nie mam na to siły. – pierwsze łzy stanęły w kącikach, ale dziewczyna szybko je wytarła- Zostawiłam rodzinę, dom, szkołę dla niego, ale nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądało. No i… Daliśmy sobie chwilę wolnego i się rozstaliśmy. – Chorwat chwycił jej dłoń pod stołem i uśmiechnął się pocieszająco. Taki mały gest, a jednak zawsze działał.

-U mnie też kolorowo nie jest…- westchnął Chorwat- Vicky ma coraz mniejszą cierpliwośc do mnie.

-Jak to?

-Ma problem z pogodzeniem związku i zespołu. Zresztą nie dziwię jej się, nie mam dla niej czasu, a ona coraz gorzej to znosi.

-Tomo. Jeśli cię kocha to zrozumie.

-A jeśli nie? Jeśli odejdzie?

-Nie odejdzie, jeśli jej uczucie jest prawdziwe, choćbyś nie wiem jak rzadko z nią był nie odejdzie, no chyba, że cię nie kocha. To spierdoli do kolejnego.- oboje się zaśmiali.- Ale jestem pewna, że taka nie jest. Zrozumie, że muzyka to druga rzecz, którą kochasz i pogodzi się z tym. Naprawdę.

-Obyś miała rację.- westchnął i zaczął jeść śniadanie. Tomo zawołał kelnerkę i zapłacił za jedzenie i ruszyli dalej w miasto. Poszli na rynek poobserwować życie codzienne Polaków. Chorwat jak zawsze wyciągnął aparat i fotografował wszystko co widział. Sonia kochała kupować pamiątki, ale on wolał zdjęcia. Uwielbiał je, czuł, że jest w nich coś więcej niż oaz, jest życie, uczucie i coś innego. Coś wyjątkowego, czego nie umiał określić. Zawsze gdy widział jakieś zdjęcie widział w nim coś więcej, coś co sprawiało, że był tam ponownie razem z nim, widział nie tylko obraz, ale czuł, słyszał cale życie upamiętnione na nim. To była kolejna rzecz, która łączyła Jareda, Shannona i jego. Rynek w Krakowie był chyba jednym z najpiękniejszych miejsc jakie widzieli. Życie ich otaczające było pełne energii, szczęścia, jakby obecni ludzie żyli we własnym idealnym świecie, jakby nikt nie miał żadnych problemów, wszyscy się uśmiechali, bawili, całowali ze swoimi partnerami i nie przejmowali niczym. Sonia w najbliższej piekarni kupiła chleb i zaczęła karmić gołębi, ptaki jadły jej wręcz z ręki, nie bały się niczego i nikogo, czasem tylko odfruwały, by zwolnic miejsce kolejnym, a raczej to tamte ich wyganiały. Ten kadr nie umknął Tomo w żadnym wypadku, zrobił jej kilka zdjęć, może kilkanaście i ruszyli dalej, czas ich gonił, a do hotelu mieli jakieś 20 minut drogi, plus 20 minut  w sklepie pamiątkowym dla Soni. Pozytywna energia tego miasta udzieliła się i dziewczynie, szła uśmiechnięta od ucha do ucha, co i raz biegała od miejsca do miejsca zachwycając się tym pięknym miejscem. Tomo był równie zachwycony, ale widokiem Soni tak szczęśliwej, dawno jej takiej nie widział. Sonia zawsze była dla niego jak siostra, ale po głowie chodziła mu uporczywa myśl. Dlaczego nikt nigdy nie widział jej bólu, dlaczego on go nie widział? Dlaczego nigdy nie zwrócił uwagi na jej siniaki na ciele? Czemu sama mu tego nie powiedziała? Mówili sobie wszystko, a to tak długo ukrywała. Czemu? Wiedział, że jest i tak skrytą osobą, ale na temat Olity zawsze mu wszystko mówiła. Czemu tutaj było inaczej? Jej troska o Braxtona czasami go przerażała. Gdy już Sonia wybrała idealną pamiątkę ruszyli pewnym krokiem do hotelu.  W pewnym momencie podbiegły do nich trzy dziewczyny. Każda miała na sobie albo odzież albo biżuterię z symbolami zespołu. Ewidentnie było widać, ze to Echelon. Dziewczyny były zachwycone, miały łzy w oczach, czasami język im się plątał z podniecenia, ale dało się je zrozumieć. Tomo nie przepadał za autografami, ale dzisiaj był w Polsce, po raz pierwszy i taka sytuacja oznaczała, że nie przyjechali tutaj tylko dać koncert, który nikogo nie obchodzi, świadczy to o tym, że mają tutaj fanów, rodzinę. Dziewczyny poprosiły o zdjęcia, autografy i chwilę porozmawiały i one i Tomo chcieli wykorzystać tę chwilę. Dziewczyny przecież spełniły swoje marzenia, a Milicevic napawał się tym pięknym uczuciem, że  tutaj ludzie doceniają ich pracę i podziwiają. Echelon mówiły o setkach ludzi, którzy wiele lat czekali na ten koncert w Polsce, zaproponowały kolejne miasta do odwiedzenia i inne tematy  jak plany na przyszłość i na koncert, ale Tomo nie lubił zdradzać takich tajemnic więc zostawił ich z krótkim zdaniem „Będzie zajebiście!”. Sonia cierpliwie stała z boku, była już do tego przyzwyczajona, po około 10 minutach dziewczyny przytuliły Chorwata i się pożegnały szepcząc coś do siebie podekscytowane. Sonia podeszła do Tomislava z miną zbitego pieska.

-A mnie przytulisz?- zapytała pieszczącym się głosem i zrobiła błagającą minę, a mężczyzna od razu przytulił ją z całej siły, a dziewczyna udawała, że ją dusi po czym ucałował ją w czoło. Uwielbiał jej niski wzrost, utwierdzał go w przekonaniu, że jest jego młodszą siostrzyczką.

-Chodź idziemy.- wyszeptał i ruszyli powrotem do hotelu, Tomo objął dziewczynę w pasie i co jakiś czas dźgał ją w żebra, a ta odruchowo zwijała się w kłębek i wracała do normalnej postaci. W między czasie rozmawiali o planach na najbliższe 5 dni wolne w trasie. Razem z Jaredem wpadli na pomysł, by zebrac najbliższą ekipę i wybrac się nad Lazurowe wybrzeże. Był bardzo ciekawy zdania Sonia, która wpierw nie była przekonana, ale jego wizja wspólnych imprez na całego, kąpieli i tych kilku dni wolnych od kompletnych zasad, przestrzegania zegarka i rozkładu dnia zdecydowanie ją przekonał. Był to w końcu tak krótki okres, że nie było sensu wracac do Ameryki. Dochodząc do drzwi hotelu przyjaciele zwrócili uwagę na grupę ludzi na końcu ulicy na wprost hotelu.

-Ciekawe co się stało. Odezwał się Tomo podejrzliwym głosem. Sonia w pierwszym momencie uznała, że to nic takiego, może jakiś muzyk czy coś takiego, ale gdy zobaczyła reporterów robiących zdjęcia i ludzi podających komuś coś z ręki do ręki, zaczęła kojarzyć kilka faktów i od razu pobladła, a serce stanęło jej w gardle. Zdenerwowana złapała Chorwata za rękę i spojrzała mu wystraszona w oczy.
-Olita tam poszedł- wyszeptała załamana, w tej samej chwili usłyszeli nadjeżdżającą karetkę na sygnale, za chwilę ich minęły i skręciła w ulicę i pojechała w stronę zamieszania. Wszystko było dla niej jasne. Oboje w jednej chwili rzucili się pędem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz