O dziwo szybko mi poszło :) Nadal mi smutno, że zero komentarzy, ale cóż. Może jednak ktoś się zmotywuje i będzie czytał.
_____________________________
_____________________________
-Oż… Leto, ale masz kanciaste ciało…- wydukał Chorwat, który
padł na Jareda i został przygnieciony jego bratem.
-Holy shit, Tomo proszę zejdź z moich klejnotów.- wysapał Jared
i ze świstem wciągnął powietrze
-Już złażę.- odezwał się i z trudem w stał zaraz po
Shannonie, który histerycznie się śmiał stojąc plecami do nich.
-A tobie co jełopie?- wysapał Jared nadal leżąc na podłodze,
Shannon w odpowiedzi zaśpiewał fragment „Closer to The edge” tańcząc i dalej
zaczął się śmiać. Tomo przewrócił oczami i wyciągnął rękę do Jareda
-Wstawaj.
-Nie mogę…
-Jak to?
-Komórka mi się wbiła w tyłek.- bąknął pod nosem i sięgnął
pod siebie po czym wyjął złamane w pół BlackBerry
-Oh fuck… Kolejny.-westchnął Tomo i pomógł mu wstac.- Czwarty
w ciągu miesiąca. Rekord
-Piąty.- dodał szeptem, a Chorwat spojrzał na niego
krytycznie
-Holy guacamole.
-Ten to wasza wina! Dwa mamuty się rzuciły to się załamał
maluszek biedny.- powiedział załamanym głosem teatralnie przytulił resztkę
telefonu.
-Tłumacz się tłumacz.
-Ej chłopaki….- odezwał się Shannon, oboje spojrzeli w jego
stronę, a on trzymał się za nos a po rękach ciekła mu krew.
-Kurwa.-sapnął Tomo i złapał się za głowę.
-Holy shit, Shann co ci?!- zawołał Jared i podszedł do brata
wyciągając chusteczki z kieszeni
-Shanny dzwonić po lekarza?- odezwał się Tomo
-Nie zaraz mi przejdzie… Oby.
-Stary co jest?- spytał przerażony młodszy Leto. Podał mu
kolejną chusteczkę a starą oddał Tomo.
-Nic- odpowiedział niepewnie. Tomo poszedł do pokoju
-Jak to kurwa nic! W co walnąłeś? W drzwi? Ziemię? Sam
siebie?
-W nic nie walną.- skomentował Tomo, który właśnie
wrócił.-Bawił się w bójki z Olitą godzinę temu i pierdolną mu nos, to debil nie
chciał jechać do szpitala i ma za swoje.
-Co żeś zrobił?!- zawołał wkurzony i rzucił w niego resztką
telefonu
-Guwno! To co słyszysz! Palnąłem coś i się wkurwił, ciśnienie
mu skoczyła i był dym. Tyle.- burknął Shannon
-Gdzie on jest?
-W szpitalu.- wtrącił Tomo, który stał z oboku opierając się
o ścianę obserwował ich rozmowę
-Czemu?- spytał przerażony, przed oczami już miał czarne
myśli. Spojrzał na przyjaciela, ale ten tylko pokręcił głową
-Pieprzną się o krawężnik i mu się film urwał.- wyjaśnił i
potarł dłonią o brew
-Żeś go sprał debilu.- warknął do brata i znowu odwrócił się
do Chorwata- kiedy wychodzi?
-Nie wiadomo, mają dzwonic.
-Ja pierdole, Shanny, co ty zrobiłeś?! Czy ty kurwa w ogóle
myślisz?!
-Nie.- odpowiedział za niego Tomo i zrobił niewinną minę
-Sorry Braciak, umiejętność trzeźwego myślenia odziedziczyłeś
ty, ja dostałem instynkt drapieżnika.- bąknął i przyjął postawę zwierza na
polowaniu, odwrócił się od brata i wszedł do pokoju
-Skądś się ten SHANNIMAL wziął.- westchnął Chorwat i się
wyprostował- Idę za nim, poszukam ręczników papierowych.
-Stary tutaj się wał przeciwpowodziowy przyda.- odpowiedział
mu Jared i przejechał dłońmi po irokezie. Dobra idę na dół, może znajdę
apteczkę.
Jared odwrócił się na pięcie i nonszalanckim, ale eleganckim
i dumnym krokiem poszedł do windy. Wcisnął guzik i drzwi się otworzyły. Winda
zjechała na parter i Leto niczym Bóg ze swoim świetnym ciałem ruszył do
recepcjonistki, która była zajęta emocjonującą rozmową przez telefon. Mężczyzna
podszedł do stanowiska i oparł się o regał, włączył uśmiech nr. 6 (słodko i seksownie)
i zrobił błagalną minę.
-Przepraszam Panią bardzo, za sekundę oddzwoni do Pani
dyrektor hotelu.- odezwała się do słuchawki, i gestem poinformowała Jareda, aby
sekunde zaczekał i odwróciła się do niego plecami. Włączyła drugą linię na
telefonie i zaczęła litościwym głosem paplac po Polsku. Po krótkiej chwili
odwróciła się do wokalisty i odłożyła słuchawkę. Na twarzy pojawiły jej się
lekkie rumieńce i nieśmiały uśmiech.
-Good morning Mr. Leto.- powiedziała
typowo profesjonalnym tonem i przyjęła równie profesjonalną postawę.- What’s happens?
-We have a little problem… -odezwał się Jared tym swoim
boskim głosem, który działa na wszystkie dziewczyny niczym afrodyzjak, a
iskierki w tych błękitnych oczach doprowadzały je do szału.- Czy jest tutaj
apteczka?
Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę i szybko z gracją odwróciła
się i ruszyła do szafy stojącej pod ścianą. Zakołysał śmiało biodrami, była
wysoka i szczupła, blondynka z boskim tyłkiem i małymi piersiami,, a jej usta?
Leto oblizał wargę i zaczął fantazjować o jej pięknym ciele, była jego ideałem.
Jared wiedział co teraz robic.
-O której pani kończy pracę? –dziewczyna lekko się wzdrygnęła
i otworzyła górną szufladę. Jej żakiet lekko się uniósł, ale to wystarczyło by
odsłonić jej tatuaż na ręce. Leto szerzej otworzył oczy i przeklną się w duchu.
Taka ładna panna, a nie do zaliczenia. Na przedramieniu miała bowiem
wytatuowane glify jego zespołu, a razem z bratem już na początku ich kariery
sporządzili regulamin, w którym wykluczone jest zaliczanie fanek, choćby nie
wiadomo jak piękne były. Musiał teraz jakoś wyjaśnić akcję, a miał tylko jedno
wyjście.- Może spotkamy się na koncercie?
-A skąd pan wie, że chcę na niego iśc?
-Ktoś kto nie chce, nie robiłby sobie takiego tatuażu.-
kobieta zesztywniała i szybko poprawiła żakiet, wyjęła apteczkę i wróciła do
wokalisty.
-No tak nie przemyślałam tego. Tak wyszło, że nie posiadam
biletu.
-A może jednak chciałabys isc? O ile ma pani wtedy wolne.
-Czy pan mi coś sugeruje?
-Oj mała, po pierwsze żaden pan, do swojego wujka chyba nie
mówisz na Pan? –uśmiechnął się i puścił jej oko.- Mam dla ciebie prezent.-
szepnął i sięgnął do kieszeni spodni, wyciągnął dwa bilety na płytę, na
pierwszy dzień Coke Live Festival. Zawsze nosił kilka w pogotowiu. Podał je
kobiecie.- Dla rodziny wszystko.
Wziął apteczkę i wrocił do windy. Zostawi dziewczynę samą ze
swoim zachwytem, po chwili usłyszał jej pisk i uśmiechnął się w duchu.
Uwielbiał te chwilę, kochał uszczęśliwiac fanów, w końcu taki bilet, spotkanie
to dla niego nic, a dla nich tak wiele, dla tych bez których oni by nie
istnieli. Winda otworzyła się bardzo szybko i Leto wrócił na swoje piętro.
-Mamy, Dady! I’m Home!- zawołał Jared, a Tomo rzucił się na
niego z zakrwawionym papierem
-Debilu, Sonia śpi!- zatkał mu nią twarz, a on zaczął się
gorączkowo rzucać z obrzydzenia.
-Zabieraj to świństwo ode mnie!- zawołał ciszej i rzucił mu
mokry ręcznik w twarz.-Masz kurwa tę apteczkę!
-Nie wiem czy to jednak coś da.
-Dawaj i nie gadaj.- zawołał Shann z łazienki
-Trzymaj.- burknął i rzucił mu pudełko. – Żyjesz?
-Czy żyje? Żyje, ale zaraz zrobi się tutaj potop.-
odpowiedział za niego Tomo i pomógł mu ze zrobieniem opatrunku na nos. Zmoczył
dwa ręczniki, jeden na łożył na nosie, drugi z tyłu głowy, owinął bandażem i
wyciągnął telefon. Spojrzał na Jareda
wyczekująco.
-Co?
-No podaj mi numer.
-Dokąd?
-Kurwa do Terrego wiesz… -Chorwat przewrócił oczami i rzucił
mu apteczke- na pogotowie.
-Po co?- drążył dalej temat, nie miał ochoty oddawac brata do
szpitala, miał bardzo złe skojarzenia ze sterylnymi pomieszczeniami
-Człowieku ja tego nie ogarne sam. Całą srajtaśme na niego
straciłem.
-No dobra.- warknął i podyktował mu numer na pogotowie.
-Hello. Chciałem bardzo prosić o karetkę do Hotelu Stary w
Krakowie. Na ostatnim piętrze mamy mężczyznę ze złamanym nosem i właśnie ma
krwotok, nie możemy go zatamowac. Tak Shannon Leto… Naprawdę? O to będą na jednym
bloku. Dziękuje.- rozłączył się i spojrzał na Shannona z wredną miną.- Zaraz
tutaj będą.
-Skąd wiedzieli, że to ja?
-Raczej nie ma tutaj wielu amerykanów ze złamanym nosem. W
dodatku twój przyjaciel czeka na ciebie, 20 minut temu dopiero dojechał do
szpitala.
-Masakra.- bąknął i wymienił ręcznik.
Chłopaki usiedli obok niego i wymienili się spojrzeniami. W
oczach Chorwata było widac bezsilność, a w młodego Leto-strach. Dobrze
wiedzieli, że wysyłanie go do szpitala to zły wybór, ale sami sobie z tym nie
poradzą. Karetka była 15 minut później, przyjaciele pomogli Shannimalowi wstac
i odprowadzili go do recepcji. Lekarze stali już pod windą i od razu przejęli
pacjenta. Tomo zrelacjonował przebieg akcji ratowniczej i przyczyny krwotoku, a
Jared zapisał adres szpitala. Obiecali, że jeszcze dzisiaj go odwiedzą i
pożegnali się z nim. Za chwilę wrócili na górę, gdzie czekała na nich wścieła
Sonia.
-Czemu kurwa łazienka jest zakrwawiona?! –przyjaciele wymienili
się spojrzeniami i wybuchli śmiechem. O wszystkim pomyśleli, ale nie o tym. –Co
tutaj jest śmiesznego?!
-Oj…- sapał Tomo i złapał się za włosy wracając do powagi-
Jak by ci to… Shann jest w szpitalu, a to była jego krew.
-CO?! I z czego tutaj się śmiac?!
-No wiesz… To taka ironia losu. – wtrącił Jared, przepchnął
się obok niej i poszedł do pokoju
-A jemu co?
-Eh… Szkoda gadac.- westchnął i wziął dziewczynę pod ramię.
-Boże co myśmy zrobili…- dziewczyna westchnęła i pierwsza łza
pociekła po jej kości policzkowej i upadła na ziemie.
Kurcze, ale mi teraz głupio! Czytam każdy rozdział i bardzo na nie czekam, ale oczywiście zapominam o komentowaniu. Obiecuję poprawę, teraz będziesz miała pod każdym komentarz ode mnie. Strasznie mi się podoba Twój pomysł na to opowiadanie, jest taki nietypowy na maksa, totalnie nie wiem, w którym kierunku się to rozwinie i bardzo mi się to podoba. :) Ja niestety w takich sprawach jestem całkowitą babą, więc czekam na jakiś romans, chociaż, jak napisałam wyżej, nie mam pojęcia, z którym z nich Sonia mogłaby go mieć (oprócz Olity oczywiście ;p). Na razie najbardziej pasuje mi Tomo, który jednak przecież ma Vicki! Mam nadzieję, że to celowy zabieg i bardzo szybko mnie zaskoczysz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, jeszcze raz przepraszam i życzę weny. :*