wtorek, 18 listopada 2014

R. IX "There will be blood"

O dziwo szybko mi poszło :) Nadal mi smutno, że zero komentarzy, ale cóż. Może jednak ktoś się zmotywuje i będzie czytał.
_____________________________

-Oż… Leto, ale masz kanciaste ciało…- wydukał Chorwat, który padł na Jareda i został przygnieciony jego bratem.

-Holy shit, Tomo proszę zejdź z moich klejnotów.- wysapał Jared i ze świstem wciągnął powietrze

-Już złażę.- odezwał się i z trudem w stał zaraz po Shannonie, który histerycznie się śmiał stojąc plecami do nich.

-A tobie co jełopie?- wysapał Jared nadal leżąc na podłodze, Shannon w odpowiedzi zaśpiewał fragment „Closer to The edge” tańcząc i dalej zaczął się śmiać. Tomo przewrócił oczami i wyciągnął rękę do Jareda

-Wstawaj.

-Nie mogę…

-Jak to?

-Komórka mi się wbiła w tyłek.- bąknął pod nosem i sięgnął pod siebie po czym wyjął złamane w pół BlackBerry

-Oh fuck… Kolejny.-westchnął Tomo i pomógł mu wstac.- Czwarty w ciągu miesiąca. Rekord

-Piąty.- dodał szeptem, a Chorwat spojrzał na niego krytycznie

-Holy guacamole.

-Ten to wasza wina! Dwa mamuty się rzuciły to się załamał maluszek biedny.- powiedział załamanym głosem teatralnie przytulił resztkę telefonu.

-Tłumacz się tłumacz.

-Ej chłopaki….- odezwał się Shannon, oboje spojrzeli w jego stronę, a on trzymał się za nos a po rękach ciekła mu krew.

-Kurwa.-sapnął Tomo i złapał się za głowę.

-Holy shit, Shann co ci?!- zawołał Jared i podszedł do brata wyciągając chusteczki z kieszeni

-Shanny dzwonić po lekarza?- odezwał się Tomo

-Nie zaraz mi przejdzie… Oby.

-Stary co jest?- spytał przerażony młodszy Leto. Podał mu kolejną chusteczkę a starą oddał Tomo.

-Nic- odpowiedział niepewnie. Tomo poszedł do pokoju

-Jak to kurwa nic! W co walnąłeś? W drzwi? Ziemię? Sam siebie?

-W nic nie walną.- skomentował Tomo, który właśnie wrócił.-Bawił się w bójki z Olitą godzinę temu i pierdolną mu nos, to debil nie chciał jechać do szpitala i ma za swoje.

-Co żeś zrobił?!- zawołał wkurzony i rzucił w niego resztką telefonu

-Guwno! To co słyszysz! Palnąłem coś i się wkurwił, ciśnienie mu skoczyła i był dym. Tyle.- burknął Shannon

-Gdzie on jest?

-W szpitalu.- wtrącił Tomo, który stał z oboku opierając się o ścianę obserwował ich rozmowę

-Czemu?- spytał przerażony, przed oczami już miał czarne myśli. Spojrzał na przyjaciela, ale ten tylko pokręcił głową

-Pieprzną się o krawężnik i mu się film urwał.- wyjaśnił i potarł dłonią o brew

-Żeś go sprał debilu.- warknął do brata i znowu odwrócił się do Chorwata- kiedy wychodzi?

-Nie wiadomo, mają dzwonic.

-Ja pierdole, Shanny, co ty zrobiłeś?! Czy ty kurwa w ogóle myślisz?!

-Nie.- odpowiedział za niego Tomo i zrobił niewinną minę

-Sorry Braciak, umiejętność trzeźwego myślenia odziedziczyłeś ty, ja dostałem instynkt drapieżnika.- bąknął i przyjął postawę zwierza na polowaniu, odwrócił się od brata i wszedł do pokoju

-Skądś się ten SHANNIMAL wziął.- westchnął Chorwat i się wyprostował- Idę za nim, poszukam ręczników papierowych.

-Stary tutaj się wał przeciwpowodziowy przyda.- odpowiedział mu Jared i przejechał dłońmi po irokezie. Dobra idę na dół, może znajdę apteczkę.

Jared odwrócił się na pięcie i nonszalanckim, ale eleganckim i dumnym krokiem poszedł do windy. Wcisnął guzik i drzwi się otworzyły. Winda zjechała na parter i Leto niczym Bóg ze swoim świetnym ciałem ruszył do recepcjonistki, która była zajęta emocjonującą rozmową przez telefon. Mężczyzna podszedł do stanowiska i oparł się o regał, włączył uśmiech nr. 6 (słodko i seksownie) i zrobił błagalną minę.

-Przepraszam Panią bardzo, za sekundę oddzwoni do Pani dyrektor hotelu.- odezwała się do słuchawki, i gestem poinformowała Jareda, aby sekunde zaczekał i odwróciła się do niego plecami. Włączyła drugą linię na telefonie i zaczęła litościwym głosem paplac po Polsku. Po krótkiej chwili odwróciła się do wokalisty i odłożyła słuchawkę. Na twarzy pojawiły jej się lekkie rumieńce i nieśmiały uśmiech.

-Good morning Mr. Leto.- powiedziała typowo profesjonalnym tonem i przyjęła równie profesjonalną postawę.- What’s happens?

-We have a little problem… -odezwał się Jared tym swoim boskim głosem, który działa na wszystkie dziewczyny niczym afrodyzjak, a iskierki w tych błękitnych oczach doprowadzały je do szału.- Czy jest tutaj apteczka?

Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę i szybko z gracją odwróciła się i ruszyła do szafy stojącej pod ścianą. Zakołysał śmiało biodrami, była wysoka i szczupła, blondynka z boskim tyłkiem i małymi piersiami,, a jej usta? Leto oblizał wargę i zaczął fantazjować o jej pięknym ciele, była jego ideałem. Jared wiedział co teraz robic.

-O której pani kończy pracę? –dziewczyna lekko się wzdrygnęła i otworzyła górną szufladę. Jej żakiet lekko się uniósł, ale to wystarczyło by odsłonić jej tatuaż na ręce. Leto szerzej otworzył oczy i przeklną się w duchu. Taka ładna panna, a nie do zaliczenia. Na przedramieniu miała bowiem wytatuowane glify jego zespołu, a razem z bratem już na początku ich kariery sporządzili regulamin, w którym wykluczone jest zaliczanie fanek, choćby nie wiadomo jak piękne były. Musiał teraz jakoś wyjaśnić akcję, a miał tylko jedno wyjście.- Może spotkamy się na koncercie?

-A skąd pan wie, że chcę na niego iśc?

-Ktoś kto nie chce, nie robiłby sobie takiego tatuażu.- kobieta zesztywniała i szybko poprawiła żakiet, wyjęła apteczkę i wróciła do wokalisty.

-No tak nie przemyślałam tego. Tak wyszło, że nie posiadam biletu.

-A może jednak chciałabys isc? O ile ma pani wtedy wolne.

-Czy pan mi coś sugeruje?

-Oj mała, po pierwsze żaden pan, do swojego wujka chyba nie mówisz na Pan? –uśmiechnął się i puścił jej oko.- Mam dla ciebie prezent.- szepnął i sięgnął do kieszeni spodni, wyciągnął dwa bilety na płytę, na pierwszy dzień Coke Live Festival. Zawsze nosił kilka w pogotowiu. Podał je kobiecie.- Dla rodziny wszystko.

Wziął apteczkę i wrocił do windy. Zostawi dziewczynę samą ze swoim zachwytem, po chwili usłyszał jej pisk i uśmiechnął się w duchu. Uwielbiał te chwilę, kochał uszczęśliwiac fanów, w końcu taki bilet, spotkanie to dla niego nic, a dla nich tak wiele, dla tych bez których oni by nie istnieli. Winda otworzyła się bardzo szybko i Leto wrócił na swoje piętro.

-Mamy, Dady! I’m Home!- zawołał Jared, a Tomo rzucił się na niego z zakrwawionym papierem

-Debilu, Sonia śpi!- zatkał mu nią twarz, a on zaczął się gorączkowo rzucać z obrzydzenia.

-Zabieraj to świństwo ode mnie!- zawołał ciszej i rzucił mu mokry ręcznik w twarz.-Masz kurwa tę apteczkę!

-Nie wiem czy to jednak coś da.

-Dawaj i nie gadaj.- zawołał Shann z łazienki

-Trzymaj.- burknął i rzucił mu pudełko. – Żyjesz?

-Czy żyje? Żyje, ale zaraz zrobi się tutaj potop.- odpowiedział za niego Tomo i pomógł mu ze zrobieniem opatrunku na nos. Zmoczył dwa ręczniki, jeden na łożył na nosie, drugi z tyłu głowy, owinął bandażem i wyciągnął telefon. Spojrzał  na Jareda wyczekująco.

-Co?

-No podaj mi numer.

-Dokąd?

-Kurwa do Terrego wiesz… -Chorwat przewrócił oczami i rzucił mu apteczke- na pogotowie.

-Po co?- drążył dalej temat, nie miał ochoty oddawac brata do szpitala, miał bardzo złe skojarzenia ze sterylnymi pomieszczeniami

-Człowieku ja tego nie ogarne sam. Całą srajtaśme na niego straciłem.

-No dobra.- warknął i podyktował mu numer na pogotowie.

-Hello. Chciałem bardzo prosić o karetkę do Hotelu Stary w Krakowie. Na ostatnim piętrze mamy mężczyznę ze złamanym nosem i właśnie ma krwotok, nie możemy go zatamowac. Tak Shannon Leto… Naprawdę? O to będą na jednym bloku. Dziękuje.- rozłączył się i spojrzał na Shannona z wredną miną.- Zaraz tutaj będą.

-Skąd wiedzieli, że to ja?

-Raczej nie ma tutaj wielu amerykanów ze złamanym nosem. W dodatku twój przyjaciel czeka na ciebie, 20 minut temu dopiero dojechał do szpitala.

-Masakra.- bąknął i wymienił ręcznik.

Chłopaki usiedli obok niego i wymienili się spojrzeniami. W oczach Chorwata było widac bezsilność, a w młodego Leto-strach. Dobrze wiedzieli, że wysyłanie go do szpitala to zły wybór, ale sami sobie z tym nie poradzą. Karetka była 15 minut później, przyjaciele pomogli Shannimalowi wstac i odprowadzili go do recepcji. Lekarze stali już pod windą i od razu przejęli pacjenta. Tomo zrelacjonował przebieg akcji ratowniczej i przyczyny krwotoku, a Jared zapisał adres szpitala. Obiecali, że jeszcze dzisiaj go odwiedzą i pożegnali się z nim. Za chwilę wrócili na górę, gdzie czekała na nich wścieła Sonia.

-Czemu kurwa łazienka jest zakrwawiona?! –przyjaciele wymienili się spojrzeniami i wybuchli śmiechem. O wszystkim pomyśleli, ale nie o tym. –Co tutaj jest śmiesznego?!

-Oj…- sapał Tomo i złapał się za włosy wracając do powagi- Jak by ci to… Shann jest w szpitalu, a to była jego krew.

-CO?! I z czego tutaj się śmiac?!

-No wiesz… To taka ironia losu. – wtrącił Jared, przepchnął się obok niej i poszedł do pokoju

-A jemu co?

-Eh… Szkoda gadac.- westchnął i wziął dziewczynę pod ramię.

-Boże co myśmy zrobili…- dziewczyna westchnęła i pierwsza łza pociekła po jej kości policzkowej i upadła na ziemie.

1 komentarz:

  1. Kurcze, ale mi teraz głupio! Czytam każdy rozdział i bardzo na nie czekam, ale oczywiście zapominam o komentowaniu. Obiecuję poprawę, teraz będziesz miała pod każdym komentarz ode mnie. Strasznie mi się podoba Twój pomysł na to opowiadanie, jest taki nietypowy na maksa, totalnie nie wiem, w którym kierunku się to rozwinie i bardzo mi się to podoba. :) Ja niestety w takich sprawach jestem całkowitą babą, więc czekam na jakiś romans, chociaż, jak napisałam wyżej, nie mam pojęcia, z którym z nich Sonia mogłaby go mieć (oprócz Olity oczywiście ;p). Na razie najbardziej pasuje mi Tomo, który jednak przecież ma Vicki! Mam nadzieję, że to celowy zabieg i bardzo szybko mnie zaskoczysz.
    Pozdrawiam, jeszcze raz przepraszam i życzę weny. :*

    OdpowiedzUsuń